O mnie

Już nie nastolatka, choć ciągle dzieciak w duszy. Pasjonuje się życiem. Interesuje się aktorstwem, filmem i teatrem. Lubi robić zdjęcia, gotować, czytać i wywijać salta. Uwielbia koty i kawę.
Ma milion pomysłów na minutę, wszystkiego chce spróbować. Nie potrafi też streścić siebie w paru zdaniach, więc zapraszam do czytania bloga. ;)
kontakt:
itsnesti@gmail.com

piątek, 29 września 2017

update.

Hej! Dzisiaj chciałam wrzucić szybki post żeby znowu nie zostawiać bloga w czarnej dziurze zapomnienia ;)

Ostatnie dni były dla mnie dość pracowite. Głównym tematem było znalezienie pokoju w Krakowie. Łatwo nie było, niestety chyba trochę za późno się za to zabrałam i nie było za bardzo w czym wybierać, no chyba że za kosmiczną cenę. Na szczęście się udało, choć stresu nie brakowało. 
Wczoraj byłam ostatni dzień w pracy, dzisiaj tylko po wypłatę i do widzenia!
Wyjadę prawdopodobnie jutro, więc mam jeszcze milion spraw do załatwienia, ale przede wszystkim muszę skończyć pakowanie. Nienawidzę się pakować. Na szczęście część rzeczy już zawieźliśmy, ale jeszcze sporo zostało, a tym razem będę jechać pociągiem. Coś czuję, że będzie ciężko, ale trzymajcie kciuki, dam radę! ;)



Wieczorem jeszcze planuję iść po raz ostatni przed wyjazdem do teatru. Nawet nie mam nadziei, ja wiem, że będzie super, więc jestem podekscytowana. No ale wcześniej czeka mnie dużo rzeczy do zrobienia. Dlatego też ja się zmywam, a Wam życzę miłego dnia!


piątek, 1 września 2017

my bullet journal?


Hej, hej, witam ponownie!
Dzisiaj chciałam pochwalić się moim nowym projektem/próbą. Mówię tu o moim własnym bullet journal'u. Od dłuższego czasu na youtube oglądałam filmiki typu plan with me albo właśnie na temat takich zeszytów. Zawsze mi się to podobało i  zawsze byłam fanką planowania, zeszytów, pisania, notowania itp itd. Jednak założenie takiego plannera wydawało mi się zbyt pracochłonne, trudne i w ogóle było tego za dużo do ogarnięcia na raz. Mimo to, postanowiłam spróbować i dotarło do mnie, że największą zaletą tego typu planowania jest to, że nie ma żadnych zasad ani ograniczeń, żadnych wymogów. A do tego mogę w końcu uwolnić swojego wewnętrznego artystę (haha).


Zaczęłam oczywiście od strony tytułowej, gdzie pozwoliłam sobie na odrobinę kreatywności. Długo myślałam jak ją ozdobić, aż w końcu po prostu zaczęłam sobie bazgrolić i wyszło coś takiego. Nie jest to może super-ładne, ale nie o to w tym chodzi. Nie jestem przecież artystką, nie musiało to być idealne. Ważne, że mnie się podoba i dobrze się przy tym bawiłam. Poza tym, to przecież dopiero początek.
Postanowiłam zacząć najprościej jak się da. Kupiłam zeszyt za 40gr, złapałam długopis i start. Zobaczymy co z tego będzie. Jeśli przez wrzesień będę systematycznie go używać, myślę o zainwestowaniu w porządny zeszyt i stworzeniu takiego prawdziwego bullet journal, gdzie tworzysz rozkłady roczne itd (duużo różnych, fajnych rzeczy)


Gdy przewrócimy kartkę, zobaczymy prosty kalendarz na cały miesiąc. 
Jestem raczej wzrokowcem, więc lubię kiedy mogę zobaczyć poszczególne wydarzenia w odniesieniu do całości miesiąca; tak samo z planowaniem tygodniowym. Dlatego też myślę, że nie zrezygnuję z tradycyjnego kalendarza/plannera całkowicie bo w bullet journalu nie jesteś w stanie narysować tygodniowych rozkładów wychodzących daleko w przyszłość (to znaczy niby technicznie tak, ale nie jest to praktyczne bo tym samym zabierasz sobie wolność tworzenia na bieżąco)


Głównym powodem, dla którego chciałam założyć taki zeszyt są trackery. Uważam, że są świetnym sposobem, żeby śledzić swoje nawyki, albo stworzyć nowe. Podobno potrzeba 21 dni aby stworzyć nowy nawyk. Przekonajmy się ;)


Tak jak widzicie, ja stworzyłam jedną stronę zatytułowaną "Line a day" gdzie codziennie mam zamiar wpisywać zdanie, które mi przyjdzie do głowy na temat tego dnia. Może to być cokolwiek: jak się czuję, jaka jest pogoda, jakieś wspomnienie dosłownie co mi się w danej chwili wymyśli.
Natomiast na drugiej stronie zagościł klasyczny habit tracker, gdzie śledzę np. to czy danego dnia poćwiczyłam, czy zdrowo się odżywiałam, rozciągałam, uczyłam hiszpańskiego i inne rzeczy, które są dla mnie ważne.

Dalszych stron zdecydowałam się już nie pokazywać, bo zawierają zbyt prywatne informacje. Podsumowując, myślę, że będę korzystać z mojego zeszytu konsekwentnie (aż mi się znudzi haha). Nie zrezygnuję też jednak z klasycznego kalendarza no bo cóż, uwielbiam planowanie i gotowy planner jest dla mnie bardzo wygodny. Natomiast bullet journal będzie idealny na takie rzeczy jak trackery, notatki i inne takie. 

To chyba tyle na dzisiaj, mogłabym się dalej rozpisywać na ten temat, ale myślę, że ciekawiej by było zrobić kolejny post ze zdjęciami i opisem, niż sam tekst. Także czekajcie na więcej, bo jak na razie mam dużo motywacji, żeby kontynuować tę przygodę.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

something new?

Hej!
Znowu zrobiłam przerwę w blogowaniu a to dlatego, że nałożyłam sama na siebie ogromną presję, żeby tym razem moje posty były super ciekawe i w pewnym sensie profesjonalne. Przez to straciłam całą chęć do pisania, bo miałam wrażenie, że napisanie posta jest pracą, stało się czymś co odkładam na później, nie było przyjemne. A dzisiaj doszłam do wniosku, że chce, żeby ten blog był miejscem gdzie mogę napisać wszystko i o wszystkim, albo w ogóle nic nie pisać tylko dodać parę zdjęć - bo taką mam ochotę.
W moim opisie jest, że czytając tego bloga, poznasz mnie, ale myśląc o postach,  które wcześniej pisałam... prawie wcale nie pokazuję tam siebie. Może nie są one sztuczne, czy 'niemoje', ale za każdym razem jak coś publikowałam, czułam, że to nie jest do końca to co bym chciała robić z tym blogiem. Dlatego od dzisiaj mam zamiar przestać stresować się tym, żeby posty były hmm... idealne? W każdym razie, zdejmuję z siebie presję, zaczynając teraz!


Spotkałam się wczoraj ze znajomymi z teatru. Nie spotykamy się często, bo każdy jest zajęty swoimi sprawami i trudno nam znaleźć jakiś wspólny termin, ale wczoraj się udało! Bardzo lubię te nasze spotkania - nigdy nie wiesz jak wieczór się skończy. ;)
Miałam też w końcu okazję, żeby założyć moją nową ulubioną sukienkę. Cały czas pracuję, a w pracy muszę mieć spodnie, ale trafiło mi się parę wolnych dni teraz więc korzystam póki mogę.








Proszę zignorować super czyste lustro w mojej windzie haha ;)
No i to chyba tyle na teraz, za chwilę wybieram się na rower, żeby zaliczyć jakieś cardio i zapowiada się relaksująco/pracowity dzień.
To do następnego!
Love

niedziela, 9 lipca 2017

Domowe masło orzechowe


Masło orzechowe, kto jeszcze nie słyszał o tym cudownym wynalazku? Ja zakochałam się w nim odkąd tylko mój brat - sportowiec zaczął używać go w swoich posiłkach. Oczywiście wiele razy słyszałam o maśle orzechowym, ale głównie widywałam je w amerykańskich filmach. Na szczęście aktualnie ten 'wynalazek' jest nam dobrze znany. W sklepach pojawia się coraz więcej różnego rodzaju maseł a firmy prześcigają się w tym, które jest bardziej naturalne, zdrowsze i ma więcej orzechów. Bardzo łatwo jest się w tym pogubić i skusić się nie na masło a bardziej krem orzechowy. W takich produktach znajdziemy mnóstwo soli, cukru i oleju palmowego. Każdy chyba wie, jak bardzo szkodliwe są cukier i sól, natomiast wiele osób nie zdaje sobie sprawy ze złego wpływu oleju dodawanego do produktów. Zachęcam do przeczytania artykułu na ten temat -> "Prawie trzy lata temu francuski senat próbował nałożyć 300 proc. podatek na produkty, w których używany jest olej palmowy. Swoją decyzję tłumaczył tym, że jest to substancja szkodliwa, ponieważ zawiera do 45 proc. niekorzystnych dla organizmu nasyconych kwasów tłuszczowych, sprzyjających otyłości, cukrzycy typu II i wzrostowi „złego” cholesterolu LDL we krwi."


Oczywiście na rynku możemy znaleźć też prawdziwe masła, zrobione w stu procentach z orzechów, bez niepotrzebnych dodatków. Niestety są one zazwyczaj o wiele droższe. Ja jestem fanką SO GOOD!® PEANUT BUTTER jednak kosztuje ono ok 30zł. 
Postanowiłam spróbować zrobić domowe masło. Pamiętałam, że mój brat kiedyś je robił, więc nie mogło to być bardzo trudne. I rzeczywiście takie nie było! 
Co potrzebujemy do zrobienia takiego masła? Hmmm orzeszków i blendera i... tyle! Ja dodatkowo podprażyłam je w piekarniku, ale mój brat stwierdził, że niepotrzebnie. Wystarczy wrzucić orzechy do blendera i cierpliwie je zmielić aż będą miały kremową konsystencję, a potem przełożyć masę do słoiczka. No i gotowe! Zajmuje to wszystko max 20 minut a smakuje idealnie, no i do tego jest o wiele tańsze. Za 400g orzeszków zapłaciłam ok 6 zł, a do zrobienia takiego słoiczka użyłam ok 2/3 opakowania.
Pamiętajcie tylko, żeby użyć niesolonych orzeszków.


A Wy lubicie masło orzechowe? Jak najczęściej je jecie? Ja szczerze mówiąc to łyżeczką ze słoika... haha ;) Ale nie tylko! Mam w planach post, w którym pokażę różne propozycje dań z dodatkiem masła. A jakie są Wasze ulubione?

sobota, 20 sierpnia 2016

Lomi Lomi mask

Hej!
Dzisiaj o masce regenerującej z firmy LomiLomi. Już od dawna chciałam wypróbować materiałowe maseczki i ostatnio natknęłam się na nie w Hebe. Na początku zainteresowało mnie opakowanie - przyciąga wzrok, jak okazało się, że jest to maska jakiej szukałam i do tego kosztuje ok 5zł od razu kupiłam dwie.


Producent obiecuje odżywienie i regenerację a także ukojenie dzięki działaniu aceroli. Produkt przeznaczony jest do każdego rodzaju cery. Jakie są moje wrażenia? Pierwsze co zauważyłam to to, że materiał jest bardzo mocno nasączony jakby żelową substancją. Nawet po nałożeniu i odczekaniu 30 minut, maska nadal jest bardzo mokra - nie wysycha. Dużo produktu zostaje też w opakowaniu, a producent zaleca wsmarowanie pozostałości w twarz lub inne suche miejsca jak np. stopy. Ja tego nie zrobiłam z jednego powodu - po zdjęciu maseczki zaczęłam wklepywać pozostałość w twarz i niestety produkt nie chciał się wchłonąć, zostawił jedynie lepką powłokę. Pozostawiłam go tak przez następne paręnaście minut a następnie postanowiłam przemyć twarz wodą żeby pozbyć się tego klejącego uczucia. Nałożyłam krem i poszłam spać. Nie podziewałam się w sumie żadnych efektów, ale rano zauważyłam, że faktycznie moja skóra wygląda na odżywioną i bardziej nawilżoną. Stała się gładka i miękka w dotyku.
Produkt przyjemnie pachnie, świeżo.  Fajnym pomysłem firmy było stworzenie maseczki na każdy dzień tygodnia, dzięki temu można stworzyć sobie coś w rodzaju harmonogramu pielęgnacji cery.



Podsumowując, maseczka spodobała mi się ze względu na formę oraz działanie. Na prawdę na mojej mieszanej cerze spisała się bardzo dobrze odżywiając ją i regenerując. Jedynym minusem jest jej lepkość, ale jeśli wklepiemy co się da i zmyjemy pozostałości - efekt jest super. Polecam stosować ją wieczorem, można również ją schłodzić, wtedy jest idealna na gorące dni.
Myślę, że sięgnę po kolejne dni tygodnia ;)

Nesti

ps. proszę zignorujcie moje piękne paznokcie 

niedziela, 14 sierpnia 2016

13 powodów

Hej!
Dzisiaj o książce, która bardzo długo za mną chodziła i w związku z tym postawiła sobie poprzeczkę dość wysoko. Czy dorosła do oczekiwań? Hmm...



Mowa o książce "Trzynaście powodów" Jay Asher. Pewnego dnia bohater znajduje przed drzwiami pudełko pełne kaset magnetofonowych nagranych przez dziewczynę, która niedawno popełniła samobójstwo. Poprzez te kasety próbuje przekazać dlaczego postanowiła odebrać sobie życie. Taśmy mają być przesyłane kolejno osobom o których mowa jest na nagraniach. Clay - główny bohater - oczywiście podąża w ślad za kasetami i dzięki temu my, razem z nim, dowiadujemy się całej prawdy o śmierci dziewczyny.

Sięgnęłam po tę książkę głównie dlatego, że zaintrygowała mnie myśl "zrozumienia samobójcy". Jednak jak zaczęłam czytać, wszystko wydawało mi się hmm... nieprawdziwe, nierealne. Miałam uczucie jakby tytułowe powody były zbyt banalne i zaczęłam myśleć, że znowu trafiłam na jakąś kiepską "naciąganą" historię mającą wzbudzić współczucie. Mimo to nie przerwałam czytania. Nie wiem czemu, ale nawet gdy już stwierdziłam, że raczej mi się nie podoba, książka mnie wciągnęła i musiałam wiedzieć jak się skończy. I bardzo się cieszę, że kontynuowałam bo na końcu wszystko nabrało sensu. Po skończeniu lektury, stwierdziłam, że właśnie ten "banalny początek" sprawia, że przesłanie całej książki jest tak silne.
Nie chcę zdradzać za dużo, ale jeśli zdecydujecie się przeczytać tę książkę, gwarantuję, że zmusi was do przemyśleń. Mnie na pewno zmusiła.
Dzięki swojej prostocie zapada w pamięć. Może nie jest to szczyt literatury pięknej, ale zdecydowanie jest warta przeczytania, uświadamia nam przede wszystkim, że nigdy nie wiemy co siedzi w umyśle drugiej osoby i jak wiele umyka naszej uwadze.

To tyle na dzisiaj, mam nadzieję, że sięgniecie po "Trzynaście powodów", a może już czytaliście. Jeśli tak - dajcie znać co sądzicie.

Love,
Nesti

niedziela, 10 lipca 2016

18 things i learnt being 18

Hej!
Z racji tego, że w czerwcu przestałam być już osiemnastolatką postanowiłam zrobić takie małe 'rozliczenie' z rzeczy, których się nauczyłam, które zrozumiałam w wieku 18 lat. Może niektóre wydadzą się banalne, czy też oklepane, ale taka prawda - dotarło to do mnie dopiero jak osiągnęłam ten 'adult level'. Postaram się też streścić, bo wiem, że mógłby z tego powstać bardzo długi post.

1. Ludzie przychodzą i odchodzą. Ci, którym na Tobie naprawdę zależy znajdą sposób, by pozostać w Twoim życiu. Nie ma sensu zatrzymywać kogoś na siłę.
"Jeśli coś kochasz - puść to wolno, jeśli powróci - jest Twoje"


 2.Nie warto się martwić, co myślą inni. To Ty podejmujesz decyzje o swoim życiu i to Ty ponosisz ich konsekwencje. Żyj tak jak Tobie się podoba, bo na końcu drogi nikt za Ciebie nie umrze.

3. Wiedza jest ważna, ale nie ma sensu stresować się ocenami. Przez całą moją przygodę ze szkołą nauka nie była dla mnie większym problem.. albo inaczej... nie miałam problemu z tym by dostać dobre oceny. Po skończeniu szkoły dotarło do mnie, że to czy miałam 3 czy 5 z jakiegoś przedmiotu na nic nie wpływa. Nikogo to nie obchodzi.

4. Łap okazje, ciesz się chwilą, pozwól sobie na luz bo wiele rzeczy w życiu zdarza się tylko  raz.

5. Uśmiech zmienia wszystko. Po prostu. Świat jest o wiele lepszy kiedy się uśmiechasz. Pozytywne podejście to podstawa.

6. Pasja w życiu jest bardzo ważna. Trzeba umieć znaleźć czas na hobby i własny rozwój.

7. Nie ma sytuacji bez wyjścia. Gdy zamkną się drzwi, otwórz okno. ;)

8. Warto skoczyć w nieznane, spróbować czegoś nowego, kto wie co odkryjesz!

9. Najlepiej się czujesz jak o siebie zadbasz. Zewnętrznie i wewnętrznie. Fizycznie i psychicznie.

10. Pozory mylą. Piszę to z myślą o pewnym zdarzeniu w teatrze, gdy oglądałam spektakl a facet siedzący obok popijał kawkę, wstawał, wiercił się i można powiedzieć zachowywał się 'nie na miejscu'. Bardzo staram się nie oceniać ludzi, ale trzeba przyznać- każdy czasem to robi. Co się okazało? Ten nietypowy widz był reżyserem spektaklu! Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie. ;)

11. Jeśli ustalisz realistyczne cele i będziesz trzymać się planu - możesz zrobić wszystko. Takie oczywiste a jednak zajęło mi 18 lat żeby to zrozumieć.

12. Szampan jest dobry na każdą okazję... a nawet bez okazji. ;)

13. Nie warto brać życia zbyt poważnie. Jesteśmy tutaj tak krótko...

14.Warto wiedzieć co się dzieje na świecie i w kraju. Chociaż trochę... (a ja nadal mam z tym problem)

15. Oriflame wcale nie jest 'jakąś tam firmą sprzedającą lipne i drogie kosmetyki'. Haha, zupełnie przypadkowa myśl ale zawsze tak myślałam, dopóki nie zostałam konsultantką i zobaczyłam, że jest zupełnie inaczej.

16. Ludzie nie gryzą i z większością da się porozmawiać na ciekawe tematy.. nie tylko o pogodzie. A nawet 'rozmowa o niczym' może być interesująca. Każdy człowiek to osobna historia do odkrycia.

17. Pisanie jest bardzo terapeutyczne.

18. W życiu nigdy nie jesteś gotowy na to co Cię czeka.

No i to wszystko! Mam nadzieję, że ktoś przebrnął przez te moje dość chaotyczne myśli zebrane :D
Jest to lista dosłownie przepisana z mojego prywatnego dziennika, pomyślałam, że może komuś się przyda. Ten post też lepiej reprezentuje to co chciałabym zrobić  z tym blogiem.
Cały czas się zmieniam i zmienia się ze mną mój blog, nie wiem na czym się skończy, ale mam nadzieję, że jesteście tak samo podekscytowani jak ja! ;)

Nie chcę żeby ten post rozciągnął się za bardzo, dlatego to już na tyle.

LOVE,
NESTI


poniedziałek, 22 lutego 2016

Za brzydka na Instagram? #internettherapy

Hej. Wracam po długiej przerwie, po raz kolejny. Ze świeżą głową i nowymi pomysłami. No to zaczynajmy.

♥ ♥ ♥

Wstajesz rano, jaki piękny dzień… Czujesz, że dzisiaj wszystko Ci się uda, jesteś w świetnym humorze. Zjadasz dobre śniadanie, którym dzielisz się ze znajomymi na Snapchacie. Przeglądasz Facebooka, Instagram… Widzisz te wszystkie, niesamowite zdjęcia szczęśliwych ludzi i właśnie wtedy wpadasz na pomysł, żeby też „wrzucić” coś na swój profil. Malujesz się, robisz fryzurę, zakładasz super-outfit po czym następuje niekończąca się seria zdjęć, różniącychsię od siebie zazwyczaj jedynie kątem ułożenia twarzy, lub lekkim podniesieniem kącika ust. W końcu wybierasz TO zdjęcie. To jedyne, na którym Twoje włosy, oczy, usta i wszystko wokoło wyglądają idealnie. Ale to nie koniec. Teraz czas na poprawienie tego idealnego zdjęcia. Trochę Valencii, podnieść kontrast, parę #hasztagów… no, i gotowe. Po chwili dostajesz powiadomienia o rosnących „serduszkach” przy Twoim zdjęciu i Twój dzień staje się jeszcze lepszy.

Kto z nas mógłby się pod tym podpisać? Wydaje mi się, że bardzo dużo osób, w tym również ja. Jednak ostatnio dotarło do mnie, że media społecznościowe mają ogromny wpływ na nasze życie, zachowanie, a przede wszystkim na nasz humor. Oczywiście, tak, wszyscy wiemy, że zdjęcia na Instagramie mają tonę filtrów i, że te wszystkie dziewczyny nie wyglądają tak #zarazpoprzebudzeniu. Jednak mimo iż wszyscy o tym wiemy, przeglądając te portale, nie zawsze o tym pamiętamy.

Skłoniło mnie do napisania tego posta zdjęcie, a właściwie sytuacja, która miała miejsce kilka dni temu. Może zacznę od tego, iż nie uważam, że jestem uzależniona od portali społecznościowych (ostatnio nawet usunęłam Snapchata z telefonu) i lubię myśleć, że mało obchodzi mnie opinia innych. Ale tak nie jest. I przekonałam się o tym właśnie tamtego dnia.
W niedzielę postanowiłam wypróbować ostatnio bardzo modną na Instagramie (o ironio) fryzurę – dwa dobierane warkocze. Było to moje drugie podejście i muszę przyznać, że wyszło mi całkiem nieźle. Wieczorem, mój chłopak koniecznie chciał zobaczyć jak to wygląda, więc zrobiłam zdjęcie „na szybko” – bez makijażu, bo cały dzień się nie malowałam i jakoś nie miałam ochoty tego robić, w zwykłej bluzie. Po wysłaniu stwierdziłam „kurde, całkiem nieźle to wygląda” i wtedy pojawiła się myśl, żeby wstawić to zdjęcia na Insta. I tu się zaczyna. Najpierw sprawdziłam jak wyglądałoby po dodaniu filtra, poprawieniu ostrości itd., i nawet je dodałam, dostałam lajka, ale szybko usunęłam z myślą, że nie jest wystarczająco ładne, i że pewnie nikomu się nie spodoba. Jednak po około godzinie znów do niego wróciłam. Podobało mi się. Po prostu. Postanowiłam wysłać je najpierw do przyjaciółki pod pretekstem pokazania fryzury. Kiedy stwierdziła, że całkiem ładnie wyglądam, dodałam je. Oczywiście dodając wszystkie #iwokeuplikethis i #polishgirl. Dostałam pierwsze serduszka, jednak nie przybywały w „normalnym” tempie, a licznik zatrzymał się na około 23. W tym momencie zauważyłam, ze sprawdzam telefon z częstotliwością 3 razy na minutę. Próbowałam nawet oszukać samą siebie, że sprawdzam tylko godzinę, ale dobrze wiedziałam, że po prostu czekam aż ktoś polubi moje zdjęcie. Zaczęłam nawet szukać #l4l, żeby „nabić sobie trochę lajków” ale w porę zorientowałam się, że to po prostu głupie. Następnego dnia moje zdjęcie miało 35 serduszek. Porównując je do innych „selfie” – w makijażu itd., które dostają ponad 70 to kiepski wynik. Ale wydaje mi się, że coś wtedy we mnie zaskoczyło i przypomniałam sobie, że przecież nie obchodzi mnie ile ludzi polubiło moje zdjęcie. I otrząsnęłam się z tego chwilowego szaleństwa.



 Właśnie wtedy pomyślałam, że chcę o tym napisać.  O tym, że w dzisiejszych czasach tak bardzo martwimy się o ilość lajków i żeby zostać „instafamous”, że zapominamy do czego portale społecznościowe zostały stworzone – do dzielenia się swoimi zdjęciami, przeżyciami, przemyśleniami z innymi. Nie do tego, żeby tworzyć swoje idealne, nierealne życie, które możemy zobaczyć tylko w Internecie. Przez cały ten idealizm, który nas zalewa zaczynamy zastanawiać się (tak jak np. ja w mojej sytuacji) „czy to zdjęcie jest wystarczająco dobre, żeby wstawić je do Internetu”. Uważam, że to powinno się skończyć. Bo jeśli Tobie się podoba, to kogo obchodzi czy „leniex33” też? Powinniśmy naprawdę pamiętać, że to my żyjemy naszym życiem i nie potrzebujemy określonej ilości lajków, żeby je doceniać. Ani żeby czuć się pięknym czy wyjątkowym. Bo wszyscy tacy jesteśmy!



PS. Przepraszam jeśli Twój nick to „leniex33”. Nie znam nikogo z takim nickiem i nie chciałam nikogo urazić, tak mi się wymyśliło.

To tyle na dzisiaj. Co Wy myślicie na ten temat? Chętnie poczytam.
Poza tym powiedzcie czy chcielibyście więcej postów o takiej tematyce. Bo z pewnością mam o wiele więcej do powiedzenia w tych sprawach, ale nie chciałam, żeby ten post był za długi.

Love,
Nesti.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Lakiery Ingrid.


Hej!
Dzisiaj przychodzę do Was, jak już pewnie zauważyłyście, z recenzją lakierów do paznokci marki Ingrid Cosmetics. Jest to seria Estetic. 
Ostatnio musiałam niestety wyrzucić większość moich starych lakierów. Tak więc musiałam szybko uzupełnić moją kolekcję. ;) Wybrałam się do Hebe i na wyprzedaży znalazłam właśnie takie. Kosztowały ok 6zł.


Do tego, zupełnie przypadkiem wmieszał się jeden lakier z Catrice. Miałam nie wspominać o nim w tym poście, ale okazał się fantastyczny, więc stwierdziłam, że jednak go dołączę.


Aplikatory. Lakiery Ingrid mają całkiem szerokie pędzelki (chociaż nadal nie przebiły JOKO). Dobrze rozprowadzają produkt. Ogólnie, sprawują się zadowalająco.
Natomiast lakier Catrice ma niestety cieńszy pędzelek co nie jest do końca wygodne. Poza tym, w produkcie Ingrid pędzelek jest spłaszczony, co pozwala na lepsze przyleganie do paznokcia; Catrice - okrągły.




Tak wyglądają wszystkie lakiery po nałożeniu jednej warstwy. Jak widać czerwień i 'róż' od razu kryją całkiem nieźle. Powiedziałabym nawet, że czerwień wygląda idealnie już po pierwszej warstwie.



Tu już po drugiej warstwie. Wszystkie kolory wyglądają bardzo ładnie - nawet jasnoniebieski, co czasami sprawia trudność innym lakierom.
Co więcej, lakier nie odpryskuje. Zawsze mam z tym problem. Najwyraźniej moje paznokcie słabo 'łapią' lakiery, ale z tymi nie miałam problemu.


Czas schnięcia: Nie jest to 60 sekund jak przy niektórych lakierach, ale nie jest to też bardzo długo. Myślę, że schną przeciętnie. Przy tym ja, która zawsze 'ciapnie' mokry lakier, nie zrobiłam tego ani razu.
Łatwo się je zmywa, nie barwią płytki paznokcia (nawet bez użycia bazy). 


Na koniec, chciałam jeszcze Wam pokazać zmywacz do paznokci marki Essence. Pachnie o wiele lepiej niż zwykły zmywacz do paznokci i po zmyciu nim lakieru, moje paznokcie wydają się twardsze i nie łamią się tak szybko (a mam z tym problem). Chociaż może to być tylko złudzenie. W każdym razie, myślę, że warto go wypróbować bo kosztuje ok 6zł.


To tyle na dzisiaj, trzymajcie się ciepło
itsNesti ♥

środa, 12 sierpnia 2015

Jak przetrwać liceum | Life hacks for school | Back to school #1

Hej!
Tak bardzo nie chcę o tym myśleć... ale niestety 'ten czas' zbliża się nieubłaganie. Powrót do szkoły ech... długo odkładałam myśl o pisaniu tego postu, ale to chyba dobry moment. Na wielu blogach natknęłam się na posty dotyczące nadchodzącego roku szkolnego, o tym, że wiele dziewczyn idzie właśnie do liceum i bardzo się stresują, nie wiedzą czy sobie poradzą itd. Dlatego postanowiłam stworzyć serię 'Back to school'. W tym roku będę w klasie maturalnej, więc już dwa lata liceum za mną i chciałam się podzielić moimi radami/trickami jak ułatwić sobie życie w szkole. Mam nadzieję, że chociaż jedna osoba znajdzie coś przydatnego w tych postach. No to zaczynamy!




♥ Nie kupuj wszystkich podręczników od razu.

Nikt Cię nie zabije jeżeli przez pierwszy tydzień nie będziesz mieć książek, a często okazuje się, że wiele podręczników jest niepotrzebnych. Po prostu nauczyciel ich nie wymaga, nie korzysta z nich.
W moim przypadku książka o przyrody, informatyki, fizyki itd leżały praktycznie nietknięte.

Wiele szkół organizuje kiermasze podręczników w pierwszym tygodniu. Wtedy możesz je kupić jeszcze taniej niż w antykwariacie a przy okazji możesz poznać starszy rocznik.

♥ Ćwiczenia. Nie kupuj ich o ile nauczyciel wyraźnie nie powie, że musisz.

W pierwszej klasie nauczycielka od historii kazała nam kupić ćwiczenia i ani razu ich nie użyliśmy. Dlatego kiedy dowiedziałam się, że potrzebuję ćwiczeń do chemii, postanowiłam je kserować. Nauczycielka się zgodziła. Kserowałam tylko potrzebne strony i bardzo się cieszę, że tak zrobiłam bo:
- nie musiałam nosić dodatkowej książki w plecaku
- zaoszczędziłam kupę kasy, bo po kilku lekcjach przestaliśmy używać ćwiczeń

♥ Znajdź osobę, z którą będziesz siedzieć cały rok i ustalcie harmonogram noszenia podręczników.
Dzięki temu żadna osoba nie musi dźwigać wszystkich książek codziennie, a bądźmy szczerzy plecaki zawsze są megaciężkie.
Ja z moją koleżanką ustaliłyśmy np., że polski noszę ja, historię - ona (książki podobnej grubości i podobna ilość godzin w tygodniu)

♥ Zawsze miej w plecaku 'zeszyt do wszystkiego'.
Często zdarza się, że zapomnisz któregoś zeszytu, albo wypadnie jakieś niezapowiedziane zastępstwo. Dlatego warto mieć dodatkowy zeszyt, który zawsze masz ze sobą (nie musi być gruby) i dzięki temu nie zostaniesz z milionem luźnych kartek z różnych przedmiotów walających się po torbie.

♥ Zapisuj!
Moi koledzy z klasy zawsze dziwili się jak ja pamiętam o tych wszystkich zadaniach, testach, kartkówkach... Bardzo prosto! Zawsze miałam ze sobą kalendarzyk! Wystarczy mały, poręczny kalendarz, który można kupić nawet w kiosku. Jeśli nauczyciel zapowiada jakiś test - od razu wpisz to pod odpowiednią datą. Nie zapisuj tego w zeszycie bo i tak tam później nie zajrzysz.
Jeśli nie jesteś jednak osobą, która lubi taki 'papierowy' sposób. Spróbuj kalendarza w telefonie!




To tyle na dzisiaj, nie chcę was zanudzić, ale czekajcie na część drugą. ;)
Na koniec chciałabym jeszcze zaznaczyć, że nie uważam się za żadną wyrocznie, czy nie wiadomo co. Po prostu to są rzeczy, które u mnie się sprawdziły i może sprawdzą się u kogoś innego.

Mam nadzieję, że post i seria przypadną wam do gustu i podzielcie się w komentarzach waszymi radami dotyczącymi szkoły! Chętnie poczytam, a może znajdę coś nowego do wypróbowania.

Nesti

piątek, 31 lipca 2015

Blush palette. Golden sugar.



Hej!
Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją paletki róży i bronzerów marki Make-up Revolution. Długo zastanawiałam się czy ją kupić czy nie. Rezygnowałam, ale zawsze moje myśli do niej wracały więc postanowiłam, że w końcu ją kupie. Wcale nie była droga. Z przesyłką zapłaciłam za nią ok 32 zł!





W paletce znajduje się 8 'róży'. Jeden z nich to zdecydowanie rozświetlacz. Cztery bronzery w tym jeden matowy i trzy mieniące się róże.





Pigmentacja jest bardzo dobra, ładnie wyglądają nawet na mojej jasnej karnacji. Prawie wszystkie mają złoty połysk. Moim zdaniem idealne na lato.




To tyle na dzisiaj, ja uciekam a Wy powiedzcie co myślicie o tej paletce. Też Wam się podoba?

Trzymajcie się ciepło
Nesti 

Może Ci się spodobać

update.

Hej! Dzisiaj chciałam wrzucić szybki post żeby znowu nie zostawiać bloga w czarnej dziurze zapomnienia ;) Ostatnie dni były dla mnie dość...