O mnie

Już nie nastolatka, choć ciągle dzieciak w duszy. Pasjonuje się życiem. Interesuje się aktorstwem, filmem i teatrem. Lubi robić zdjęcia, gotować, czytać i wywijać salta. Uwielbia koty i kawę.
Ma milion pomysłów na minutę, wszystkiego chce spróbować. Nie potrafi też streścić siebie w paru zdaniach, więc zapraszam do czytania bloga. ;)
kontakt:
itsnesti@gmail.com

poniedziałek, 22 lutego 2016

Za brzydka na Instagram? #internettherapy

Hej. Wracam po długiej przerwie, po raz kolejny. Ze świeżą głową i nowymi pomysłami. No to zaczynajmy.

♥ ♥ ♥

Wstajesz rano, jaki piękny dzień… Czujesz, że dzisiaj wszystko Ci się uda, jesteś w świetnym humorze. Zjadasz dobre śniadanie, którym dzielisz się ze znajomymi na Snapchacie. Przeglądasz Facebooka, Instagram… Widzisz te wszystkie, niesamowite zdjęcia szczęśliwych ludzi i właśnie wtedy wpadasz na pomysł, żeby też „wrzucić” coś na swój profil. Malujesz się, robisz fryzurę, zakładasz super-outfit po czym następuje niekończąca się seria zdjęć, różniącychsię od siebie zazwyczaj jedynie kątem ułożenia twarzy, lub lekkim podniesieniem kącika ust. W końcu wybierasz TO zdjęcie. To jedyne, na którym Twoje włosy, oczy, usta i wszystko wokoło wyglądają idealnie. Ale to nie koniec. Teraz czas na poprawienie tego idealnego zdjęcia. Trochę Valencii, podnieść kontrast, parę #hasztagów… no, i gotowe. Po chwili dostajesz powiadomienia o rosnących „serduszkach” przy Twoim zdjęciu i Twój dzień staje się jeszcze lepszy.

Kto z nas mógłby się pod tym podpisać? Wydaje mi się, że bardzo dużo osób, w tym również ja. Jednak ostatnio dotarło do mnie, że media społecznościowe mają ogromny wpływ na nasze życie, zachowanie, a przede wszystkim na nasz humor. Oczywiście, tak, wszyscy wiemy, że zdjęcia na Instagramie mają tonę filtrów i, że te wszystkie dziewczyny nie wyglądają tak #zarazpoprzebudzeniu. Jednak mimo iż wszyscy o tym wiemy, przeglądając te portale, nie zawsze o tym pamiętamy.

Skłoniło mnie do napisania tego posta zdjęcie, a właściwie sytuacja, która miała miejsce kilka dni temu. Może zacznę od tego, iż nie uważam, że jestem uzależniona od portali społecznościowych (ostatnio nawet usunęłam Snapchata z telefonu) i lubię myśleć, że mało obchodzi mnie opinia innych. Ale tak nie jest. I przekonałam się o tym właśnie tamtego dnia.
W niedzielę postanowiłam wypróbować ostatnio bardzo modną na Instagramie (o ironio) fryzurę – dwa dobierane warkocze. Było to moje drugie podejście i muszę przyznać, że wyszło mi całkiem nieźle. Wieczorem, mój chłopak koniecznie chciał zobaczyć jak to wygląda, więc zrobiłam zdjęcie „na szybko” – bez makijażu, bo cały dzień się nie malowałam i jakoś nie miałam ochoty tego robić, w zwykłej bluzie. Po wysłaniu stwierdziłam „kurde, całkiem nieźle to wygląda” i wtedy pojawiła się myśl, żeby wstawić to zdjęcia na Insta. I tu się zaczyna. Najpierw sprawdziłam jak wyglądałoby po dodaniu filtra, poprawieniu ostrości itd., i nawet je dodałam, dostałam lajka, ale szybko usunęłam z myślą, że nie jest wystarczająco ładne, i że pewnie nikomu się nie spodoba. Jednak po około godzinie znów do niego wróciłam. Podobało mi się. Po prostu. Postanowiłam wysłać je najpierw do przyjaciółki pod pretekstem pokazania fryzury. Kiedy stwierdziła, że całkiem ładnie wyglądam, dodałam je. Oczywiście dodając wszystkie #iwokeuplikethis i #polishgirl. Dostałam pierwsze serduszka, jednak nie przybywały w „normalnym” tempie, a licznik zatrzymał się na około 23. W tym momencie zauważyłam, ze sprawdzam telefon z częstotliwością 3 razy na minutę. Próbowałam nawet oszukać samą siebie, że sprawdzam tylko godzinę, ale dobrze wiedziałam, że po prostu czekam aż ktoś polubi moje zdjęcie. Zaczęłam nawet szukać #l4l, żeby „nabić sobie trochę lajków” ale w porę zorientowałam się, że to po prostu głupie. Następnego dnia moje zdjęcie miało 35 serduszek. Porównując je do innych „selfie” – w makijażu itd., które dostają ponad 70 to kiepski wynik. Ale wydaje mi się, że coś wtedy we mnie zaskoczyło i przypomniałam sobie, że przecież nie obchodzi mnie ile ludzi polubiło moje zdjęcie. I otrząsnęłam się z tego chwilowego szaleństwa.



 Właśnie wtedy pomyślałam, że chcę o tym napisać.  O tym, że w dzisiejszych czasach tak bardzo martwimy się o ilość lajków i żeby zostać „instafamous”, że zapominamy do czego portale społecznościowe zostały stworzone – do dzielenia się swoimi zdjęciami, przeżyciami, przemyśleniami z innymi. Nie do tego, żeby tworzyć swoje idealne, nierealne życie, które możemy zobaczyć tylko w Internecie. Przez cały ten idealizm, który nas zalewa zaczynamy zastanawiać się (tak jak np. ja w mojej sytuacji) „czy to zdjęcie jest wystarczająco dobre, żeby wstawić je do Internetu”. Uważam, że to powinno się skończyć. Bo jeśli Tobie się podoba, to kogo obchodzi czy „leniex33” też? Powinniśmy naprawdę pamiętać, że to my żyjemy naszym życiem i nie potrzebujemy określonej ilości lajków, żeby je doceniać. Ani żeby czuć się pięknym czy wyjątkowym. Bo wszyscy tacy jesteśmy!



PS. Przepraszam jeśli Twój nick to „leniex33”. Nie znam nikogo z takim nickiem i nie chciałam nikogo urazić, tak mi się wymyśliło.

To tyle na dzisiaj. Co Wy myślicie na ten temat? Chętnie poczytam.
Poza tym powiedzcie czy chcielibyście więcej postów o takiej tematyce. Bo z pewnością mam o wiele więcej do powiedzenia w tych sprawach, ale nie chciałam, żeby ten post był za długi.

Love,
Nesti.

Może Ci się spodobać

update.

Hej! Dzisiaj chciałam wrzucić szybki post żeby znowu nie zostawiać bloga w czarnej dziurze zapomnienia ;) Ostatnie dni były dla mnie dość...